Dodano: 2019-01-03 18:28:31

"Miasto umarłych" - recenzja książki.

1945-01-01 - 1950-01-01

Recenzja została napisana w ramach współpracy z wydawnictwem PROHIBITA, wydawcą książki "Miasto umarłych".

 

Książka Sebastiana Reńcy „Miasto umarłych” nie jest książką oczywistą. Nie da się jej zaszeregować do jakiegoś konkretnego kanonu i to z pewnością jest jej atutem. Nie chcę w tej recenzji skupiać się na samej fabule i treści, ale na książce jako takiej.

Akcja książki dzieje się w Gliwicach, które są jakby jej głównym bohaterem. Coś podobnego, jak u Carstena Jensena – w „My, topielcy” też miasto jest głównym bohaterem. Różnica jest taka, że książka Jensena jest książką dobrą i ciekawą. Chce się ją czytać, każdy przeczytany fragment sprawia, że chcemy zapoznać się z kolejnym i wiedzieć, jak potoczą się opisywane dzieje. U Reńcy natomiast jest tak, że po kilku stronach potrafiących wzbudzić ciekawość i zainteresowanie, dostajemy kilka stron pisanych tak, że nie da się zrozumieć, co autor ma na myśli i o czym w ogóle pisze. Potem mamy znowu jakieś fragmenty, dzięki którym mamy wrażenie, że już dalej będzie dobrze, że akcja się rozkręci, fabuła stanie się ciekawa… Ale nie, niestety. Za chwilę znowu zjazd i przeciąganie. Szkoda. Na szczęście ta przeplatanka najgęstsza jest na początku, potem jest zdecydowanie lepiej.

I to też jest problem. Gdyby wyrwać te pierwsze kilkadziesiąt stron, te zbyt nudne wprowadzenia i teksty, które ciężko zrozumieć, to książka byłaby chyba dużo lepsza. Albo gdyby chociaż zdecydowano się podczas jej pisania na nieco mniej tajemniczości i od razu prezentowano czytelnikowi coś jasnego. Wtedy super. Ale w tym przypadku mamy sytuację, w której czytelnik czeka aż coś mu się wyjaśni, czeka – i to przecież nie czeka biernie, ale czytając książkę, poświęcając na to czas etc. – i zanim się tego doczeka zaczyna się irytować i niecierpliwić.

Natomiast nie można mieć większych pretensji co do samych historii opisywanych w książce. Nie ma tutaj takiego nachalnego zrównywania okupacji niemieckiej z sowiecką. (Pomijając już fakt, że Polska w pierwszych latach powojennych nie była okupowana przez Związek Radziecki.) Ludzie są ludzcy. I tak, mam świadomość banalności tego zdania, ale i tak je podtrzymam. Bo to bardzo ważne – że bohaterowie są po prostu ludźmi. Nie są żadnymi herosami, nie są jakoś przesadnie wyidealizowani, nie są postaciami z bajek. I za to należy się autorowi szacunek.

Na końcu książki znajduje się posłowie. A nawet dwa. W tym drugim autor wyjaśnia, że  w książce starał się przedstawić coś, co pewien Węgier modlący się przed koncertem Nergala powiedział reporterowi „Gościa Niedzielnego” – że nie przegonimy Szatana w inteligencji i zwyciężać go można tylko ufając Bogu. To dobrze, że autor napisał nam, co chciał przekazać w książce, bo z samej lektury moglibyśmy się tego nie domyślić.

Gdybym miał stwierdzić, czy warto polecić czytelnikom „Miasto umarłych” Sebastiana Reńcy… Zdecydowanie nie jest to książka, co do której uważałbym, że warto ją przeczytać, bo wnosi coś nowego do życia, pobudza do refleksji, poszerza horyzonty, czy cokolwiek innego. Ale jeszcze bardziej zdecydowanie nie jest to książka, której nie warto czytać. Zresztą, niewiele jest książek, o których mogę napisać, że nie zasługują na przeczytanie. Natomiast „Miasto umarłych” na przeczytanie zasługuje. Jeśli jednak ktoś zdecyduje się na rezygnację z tej lektury, to nic nie straci.

 

Komentarze

Monarcha absolutny
Dodano: 2019-01-11 20:18:00

Czytałem Miasto Umarłych. I podoba mi się jedno z tej recenzji - nie jest ona do cna przesłodzona. Jest to trudna ksiażka dla zwykłego czytelnika, tak jak by przyrównać dziecko z gimnazjum czy szkoły podstawowej, które miałoby przeczytać Topolskiego... Nie jest to lekka książka, to fakt. Zasługuje żeby ją przeczytać, natomiast trzeba na nią poświęcić dosyc sporo czasu... I nie zawsze można wszystko zrozumieć.