Dodano: 2018-08-19 20:25:21

Kontakty francusko-mongolskie za panowania Ludwika IX

1237-01-01 - 1262-01-01

Jednym z ciekawszych aspektów polityki zagranicznej Ludwika IX Świętego były jego kontakty z Mongołami. Mongołowie po podporządkowaniu sobie znacznej części Azji zjawili się w 1237 roku na terenach Rusi. Wieść o nich dotarła już wówczas do państw zachodnich, w tym także do Francji Ludwika Świętego. Cztery lata później mongolskie czambuły spustoszyły południe Polski i Węgry. Europa spostrzegła, że ci silni azjatyccy wojownicy są dla niej znacznym zagrożeniem. Rozbity na wiele państw – targanych też wewnętrznymi konfliktami lennymi – kontynent mógłby nie dać rady przeciwstawić się sile Mongołów. W pojawieniu się azjatyckiego najeźdźcy widziano przyjście Antychrysta lub siły piekielne. Zaczęto obawiać się, że mogą oni połączyć swoje siły z muzułmanami z Bliskiego Wschodu, co z pewnością byłoby równoznaczne z upadkiem chrześcijańskich państw w tym regionie. Nie znając obyczajów Mongołów – i w ogóle mając niewielkie pojęcie o tym ludzi – zaczęto opisywać ich jako półzwierzęta odżywiające się ludzkim mięsem.[1]

Nic dziwnego, że i sam Ludwik uległ ogólnemu strachowi. Jako gorliwy chrześcijanin wciąż jednak postępował zgodnie z myślą, że ewentualna śmierć stanowi jedynie przejście do innego świata. Mateusz Paris pisząc o napięciu i grozie tamtych czasów przytacza rozmowę Ludwika z matką: „Gdy straszliwy bicz gniewu bożego zagrażał narodom, opowiadają, że matka króla Francji, czcigodna i umiłowana przez Boga niewiasta, królowa Blanka rzekła: „Gdzie jesteś, mój synu, królu Ludwiku?” On zaś przybiegłszy: „Cóż się stało, matko?” Wzdychając głęboko zalała się łzami, i, choć niewiasta, całkiem nie po niewieściemu pojmując bliskie niebezpieczeństwo, rzekła: „Cóż czynić, najdroższy synu, wobec tak złowieszczych wydarzeń, o których przerażające wieści przekroczyły nasze granice?” Na te słowa król, ze łzami w głosie, ale z natchnienia bożego odpowiedział: „Odwagi, matko, wznieśmy się na wezwanie niebiańskiego pocieszyciela. Jedno z dwojga. Jeśli dotrą do nas ci, których zwiemy Tatarami, wtrącimy ich na powrót do siedzib tartarejskich, skąd się wydostali, albo oni wyślą nas wszystkich do nieba”.”[2] Fragment ten jest dobrym świadectwem tego przekonania Ludwika o tym, że śmierć w walce z Mongołami – których brał tu nie za ludzi, ale za istoty, które wyszły z piekła – jest jedynie darowaniem zbawienia.

Wkrótce jednak zaczęto lepiej poznawać Mongołów i przestali oni być dla Europejczyków tajemniczymi stworami, zaczęli być postrzegani jako normalni ludzie, z którymi można pertraktować i wchodzić w bliższe kontakty. Na dodatek dowiedziano się, że wiele osób z otoczenia chana jest chrześcijanami nestoriańskiego obrządku. Pod koniec 1245 roku papież Innocenty IV wezwał do nawiązywania stosunków dyplomatycznych z Mongołami.[3] I choć papieskie poselstwo do chana Güjüka z roku 1247, na czele którego stał Jan z Pian del Carpine przywiozło opinię niebudzącą nadziei na sojusz z chanem i stwierdzało, że jego celem jest jedynie podbój, to papież wciąż podtrzymywał to wezwanie[4], a Ludwik posłuchał papieskiego głosu i dwukrotnie wysyłał posłów do mongolskich władców.[5]

Pierwsze poselstwo wysłał z Cypru, gdzie przebywał szykując się do uderzenia na Egipt. Poselstwo to było odpowiedzią na przybyłą do przebywającego na Cyprze Ludwika misję dyplomatyczną, którą na prośbę chana Güjüka wysłał mongolski namiestnik Iranu imieniem Eldżigidej, a której członkami byli dwaj nestoriańscy chrześcijanie przywożący ze sobą list, w którym chan zapewniał o swej sympatii dla chrześcijaństwa i zaznaczał, że wszyscy chrześcijanie w jego państwie mają swobodę kultu. Posłem Ludwika był Andrzej z Longjumeau i jego brat. Obydwaj byli dominikanami i obydwoje dobrze znali język arabski. W styczniu 1249 roku wyruszyli oni do Mosulu, gdzie przebywał Eldżigidej, a on wysłał ich dalej – do Mongolii, gdzie przyjęła ich żona zmarłego niedawno Güjüka, która sprawowała wówczas władzę w państwie. Uznała ona podarunki od Ludwika (m. in. namiot mogący służyć za ołtarz) za trybut, jaki płacili mongolskim chanom podlegli im władcy i zażądała, by podobne prezenty wysyłać co roku.[6] Opisując powrót poselstwa Jan z Joinville pisał: „(…) przybyli też posłańcy od niego i przynieśli dla króla Francji listy od swojego króla, który mówił przez nich tak: „Pokój jest dobrą rzeczą, bo na ziemi pokoju stworzenia, które chodzą na czterech nogach, jedzą trawę spokojnie, i stworzenia, które chodzą na dwóch nogach, pracują spokojnie. I posyłamy do ciebie, aby cię ostrzec: bo nie możesz mieć pokoju, jeżeli nie będziesz go miał z nami. (…) Zatem posyłamy do ciebie, abyś każdego roku przysyłał nam tyle z twojego złota i srebra, aby zatrzymać nas jako przyjaciół, i jeżeli tego nie zrobisz, zniszczymy ciebie i twoich ludzi, tak jak to zrobiliśmy z tymi, których wymieniliśmy wcześniej”. I wiedzcie, że król bardzo żałował, że wysłał do nich posłów.”[7] Rzeczywiście francuski król musiał być rozżalony i rozczarowany, gdy otrzymał taką odpowiedź.

Kolejnym poselstwem, jakie wysłał Ludwik do Mongolii, było poselstwo franciszkanina Wilhelma z Rubruk, który wyruszył w 1253 roku – tym samym, w którym wróciło poselstwo Andrzeja z Longjumeau. Celem Wilhelma miało być dostarczenie listów do Sartaka, jednego z krewnych panującego wówczas chana Mӧngkego, który przeszedł na chrześcijaństwo oraz do samego chana. Poselstwo miało roztoczyć przed chanem wizję prowadzenie wspólnej polityki, ale powróciło z odpowiedzią, w której chan wzywał króla, by ten okazywał mu posłuszeństwo. Było to kolejne rozczarowanie Ludwika, który ponownie był potraktowany jak podległy chanowi zarządca jakiejś prowincji mongolskiego imperium. W podobnym tonie wyższości nad królem Francji utrzymane były słowa kolejnego chana, Hulagu, które przekazało w 1262 roku jego poselstwo w Paryżu. Proponowano wtedy Ludwikowi wspólną wyprawę wojenną do Syrii. Francja miała dostarczyć flotę, której Mongołowie nie posiadali. Sojusz ten nie doszedł do skutku – Ludwik mógł się na niego zgodzić jedynie wówczas, gdy byłby w tym sojuszu partnerem chana, a nie jego poddanym, a tak właśnie był traktowany przez Hulagu.[8]

W ten oto sposób, na skutek nieporozumień związanych ze światopoglądem i symbolami – chan zawsze występował w swych dokumentach jako osoba stojąca ponad rozmówcami – nie doszło do sojuszu chrześcijańskiej Europy z Mongolią. Nie doszło do tego ze względu na to, że Ludwik nie chciał zgodzić się na choćby symboliczną podległość chanowi. Czy było to krótkowzroczne upieranie się przy swojej pozycji? Po części tak. Sojusz taki z pewnością zmieniłby wiele. Ale należy okazać Ludwikowi zrozumienie. W czasach, kiedy symbole i rytuały odgrywały znaczną rolę król nie mógł zgodzić się nawet na symboliczne pomniejszenie swej suwerenności. Dodatkowo można podziwiać Ludwika za jego wytrwałość – żaden inny zachodnioeuropejski władca z tego okresu nie prowadził tak ożywionej polityki dyplomatycznej z odległymi chanami Mongolii.

 

 

[1] Jacques Le Goff, Ludwik Święty, Warszawa 2001, ss. 35-36.

[2] Cyt. za: Ibidem, s. 37.

[3] Ibidem, s. 38.

[4] Steven Runciman, Dzieje wypraw krzyżowych, t. III, Królestwo Akki i późniejsze krucjaty, Warszawa 1987, s. 242.

[5] Regine Pernoud, Kobieta w czasach wypraw krzyżowych, Gdańsk 2002, s. 179.

[6] S. Runciman, Ibidem, ss. 242-243; J. Le Goff, Ibidem, ss. 38-39.

[7] Jean de Joinville, Czyny Ludwika Świętego króla Francji, Warszawa 2002, ss. 143-144.

[8] J. Le Goff, Ibidem, s. 39.

Komentarze